Weekend, weekend i po weekendzie — w pracy pewnie odpocznę. Ale znalazło się nieco czasu na granie. Nic ambitnego, ale kto powiedział, że jak się gra, to w najnowsze AAA? Każdemu jego porno, każdemu jego gry. No. To i posiedziałem nad całkiem przyjemnym pożeraczem wolnego czasu.

Dlaczego nie piszę o najnowszych AAA

Lubię „indyki” i retro i jak już mam czas, to męczę kolejne i kolejne i jeszcze parę na dodatek. Często za sam pomysł chętnie bym postawił autorowi duże piwo, czy co tam by spożył. Do tego – jak się w takie rzeczy gra, to się widzi, że to jest gra od graczy dla graczy. I tu przypomnę, że co prawda miło jest popatrzeć na produkcję z dobrą oprawą audiowizualną, ale… „Gry na jedno przejście” to nie jest to, co Smok Kawopij lubi najbardziej. Wolę, gdy gra ma „to coś”. I stawiam na regrywalność. Gdy gameplay się spodoba, to setki godzin pojawiają się na liczniku nie wiadomo kiedy. Dlatego kiedyś dawno całkiem fajna gra przegrała z tytułem starszym o wiele, wiele lat. Dlatego „przygody pierdzącego paladyna” co jakiś czas wracają. I dlatego teraz się wywnętrzam o kolejnej perełce.

Jak to się zaczęło

Dawno, dawno temu, gdzieś w odległej przeszłości, był sobie komputer. Na tym komputerze działał sobie system operacyjny. I byłoby jak w bajce, gdyby nie nieproszeni goście, którzy pojawili się znienacka i zaczęli robić różne paskudne rzeczy. Oczywiście, użytkownik nie miał z tym nic wspólnego. I tak, w sypiącym się systemie, bohaterski kursor wyruszył na samotną krucjatę.

Jak to wygląda i brzmi

Piksele jak cegły, dźwięk tak w okolicach 8-16bit i lat 90 zeszłego wieku, nieco prostych efektów graficznych i to w zasadzie wszystko. Czyli w sumie retro i indie w jednym. Dla przeciętnego gracza rzecz do przewinięcia w steamowej kolejce odkryć po maksymalnie pięciu sekundach trailera. Dla żywej skamieliny gamingu, takiej jak niżej podpisany – tytuł do natentychmiastowego sprawdzenia. No to sprawdziłem i wsiąkłem.

Jak się w to gra?

„Easy to learn, hard to master”. Bardzo, bardzo lubię takie zabawki. W pakiecie dobrze wyważony poziom trudności, rośnie równomiernie i chwała za to autorom. A sam gameplay jest bardzo pocieszny. Łazi się po katalogach i zbiera pliki, bo za odzyskane pliki dostaje się walutę na ulepszenia. I to najfajniejsze: rozwala się wirusy, trojany i inne ścierwa. Czyli lata się kusrorem po ekranie, unika ataków i klika w wirusy (lub pozostaje w zasięgu działania kursora, zależnie od typu), dopóki się ich nie zidentyfikuje (czytaj: rozwali). Krótko mówiąc, banał. Ale bardzo fajny i (re)grywalny.

To na początek, bo im dalej, tym fajniej. Można sobie odblokować całkiem sporo typów kursorów, a każdym gra się inaczej. Można znaleźć dużo i różnych wspomagaczy, tak pasywnych, jak aktywnych. Przeciwnicy też niczego sobie, sporo ich i różnych, jest się z czym poużerać. No i oczywiście na końcu każdego dysku czeka boss, taki uber-złodupiec do eksterminacji. Jak na razie dotarłem do drugiego i mam ochotę na jeszcze, sporo mam do odkrycia i odblokowania. I w wolnych chwilach pewnie nad tym posiedzę.

Co mnie urzekło?

Można powiedzieć, że sporo tego. Grafika parodiująca styl Windows XP, nazwy zbieranych plików (kopalnia memów), przeciwnicy, no i oczywiście regrywalność. Struktura i zawartość dysku są losowe, znajdowane bonusy takoż. Aha, za odzyskane dane można sobie dokupić „towarzyszy pulpitu” i później łażą takie ćłapagi po pasku zadań. A w power-upach jest na przykład Cookie Clicker. No dobra, taki jakby…

Coś jakby podsumowanie

Wypadałoby przedstawić bohatera tych smętów. Gra nazywa się „Identifile” i jest dostępna na Steam. Że polecam, to oczywiste. Niezły odmóżdżacz na chwilę po ciężkim dniu. A dla mnie ma jeszcze jedną, bardzo ważną zaletę: to jedna z bardzo nielicznych gier, w które mogę grać z Dwupalmą Chaosu na kolanach.