Taka sytuacja, że Pan Kurier porządził, a ja – cóż, miałem niejakie atrakcje i nerwówkę. Tak sobie ponarzekam, bo na swoim blogu chyba mogę? Ciekawostka: bez bluzgów, czym sam jestem zaskoczony. A lekko nie było, zapewniam.

Równowaga być musi

Lat temu nieco (znaczy około siedmiu) produkowałem się o ulotkach i ulotkarzach – czas płynie, świat się zmienia, powstały apki i jakoś się tak porobiło, że ulotek nie uświadczysz. A przynajmniej – występują w ilościach śladowych. I bardzo dobrze.

Tak sobie tylko kombinuję, że te wszystkie okazy od roznoszenia ulotek musiały coś z sobą zrobić i znaleźć inną robotę, bo przecież nie wyginęły ani się nie teleportowały do jakiejś odległej galaktyki. I tak mi wyszło, że co ciekawsze trafiły do prężnej i dynamicznej branży kurierskiej.

I tu się zaczyna właściwa opowieść o pewnym zakupie i dostawie zamówienia – historia, która powinna być patologicznym wyjątkiem. Ale nie ma tak dobrze, o nie. To niestety smutna norma.

„Nie ma innej opcji dostawy”

Fajna rzecz się wyświetliła w reklamach, zapragnięcie jej nastąpiło i kontakt ze sprzedawcą. Pomijam próby wciśnięcia dodatkowej „bardzo korzystnej opcji ubezpieczenia, którą wszyscy zamawiają”, bo to norma. Jakieś 20-30% ceny bazowej, o ile pamiętam. Pomijam próby wciśnięcia „absolutnie niezbędnego i topowego wyposażenia dodatkowego”, które było mi potrzebne jak świni siodło. Kolejne co najmniej 50% ceny bazowej. Udało się zamówić odkurzacz z reklamy w cenie z reklamy. Wyczyn.

Wszystko fajnie, wszystko ustalone – i cegła między oczy: „Dostarczy kurier trzyliterkowej firmy”. Deklaruję że dopłacę, byle do paczkomatu poszło. Ładnie proszę. Tłumaczę. No nie, tylko z nimi mają umowę, inaczej się nie da. Teraz myślę, że to kara dla tych, co nie chcieli ubezpieczenia i hiper mega szczotki. No trudno, zamówienie klepnięte, płatność poszła, ktoś będzie w domu. Damy radę.

Co może pójść nie tak?

Dokładnie wszystko. Ot, Murphy i jego prawa. Na początek – data i godzina dostawy. Specjalnie przesunięty dzień dostawy, aby Pan Kurier zdążył przybyć, zanim wyruszę do pracy. Nie przybył. Udało się poustawiać sprawy tak, aby ktoś w domu był i odebrał, jak się Pan Kurier wyrobi i dotrze z paczką.

Pół godziny po rozpoczęciu pracy info: adresata nie ma w domu, przesyłka w punkcie odbioru, w żabce. Telefon do domu – nie było wychodzone. Zgodnie z ustaleniami, było czekane na Pana Kuriera. OK, dzwonimy na infolinię. Bardzo miła pani oświeciła: nie można cofnąć przesyłki z punktu odbioru, nie da się cofnąć Pana Kuriera żeby jednak się pojawił, można za to napisać zażalenie, firma zwróci koszt przesyłki.

„A na cholerę mnie ten kaktus?”

Pomyślmy… Z jednej strony: moja nerwówka, uziemienie drugiej osoby, krótki, ale stop w pracy z powodu telefonów, wieczorem po pracy spacer do punktu odbioru. Plus ewentualne pisanie zażalenia i wymiana korespondencji z wiadomą firmą. Z drugiej – jakieś 20 zeta, czyli nawet nie kebab. Mało tego, Pan Kurier żadnych konsekwencji nie poniesie, bo przecież ludzi do pracy brakuje i jak ktoś już jest, to się go trzyma, co tam te żuczki-adresaty, niech się cieszą, że ich przesyłki w ogóle się przemieszczają. A w mailu się upierdliwemu żuczkowi na odczepnego napisze (albo wklei gotowca), że oczywiście, sprawa zbadana, konsekwencje wyciągnięte, bla bla bla. No nie, dziękuję. Sobie paczkę z punktu odbiorę i po sprawie. Najwyżej ponarzekam.

Pielgrzymka wieczorową porą

Zmiana się ciutkę przeciągnęła,tak bywa, że wpadnie więcej roboty i trzeba pobyć w firmie dłużej. Nic nowego. Trzeba to trzeba, trudno. Powrót do domu, coś na szybko przełknąć – i tuptamy po przesyłkę. Zimno, mgła, mokro w powietrzu i kilometr spaceru w jedną stronę. Później powrót z paczką pod pachą. No fajnie, sprawa załatwiona, ale wyszedł dodatkowy smaczek.

„Pan nie pierwszy ani ostatni”

Wisienka na torcie: przy odbiorze paczki miła pani zza lady sprzedała mi tekst, że one tu przywykły do wkurzonych klientów, bo Pan Kurier wiecznie tak robi i kilka czy kilkanaście takich sytuacji tygodniowo to norma. Nie było łatwo ugryźć się w język i zakończyć temat. Bolało. Za to przed oczami się przewinęła galeria zwyrolskich rzeczy, które bym Panu Kurierowi chętnie zaaplikował – ku nauce, że robi ludziom źle i że ludzi to, powiedzmy łagodnie, mocno irytuje. Rzeczy na pewno o kilka klas ciekawszych niż podlinkowany już raz „pomnik ulotkarza nieznanego”. Raz, że to nie jakaś abstrakcyjna osoba, nie wkurzający kurier bez twarzy, tylko ten właśnie, konkretny, jedyny i niepowtarzalny Pan Kurier. A dwa – nie pomnik, a sesja na żywo. Opisywać nie będę, ale sporo było różnych ciekawostek. A wyobraźnię mam nieźle wytrenowaną.

Jakieś wnioski?

W sumie żadnych. Tylko nieco się sprzedawcom dziwię, że nie dają klientom wyboru. Bo nie po to zamawiam kuriera na dzień i godzinę, żeby później przestawiać komuś rozkład, a finalnie i tak tuptać. Bo Pan Kurier ma wywalone i tak czy inaczej zrobi po swojemu, a wdzięczni adresaci nic nie mogą. No, chyba że pofatygować się, poświęcić nieco czasu i spotkać się z Panem Kurierem osobiście. Pozostaje pytanie, co na to Kodeks Karny…

Wolę zapłacić tyle samo czy nawet nieco więcej za dostawę do paczkomatu za rogiem. Ostatecznie i tak jako kupujący pokrywam koszt dostawy, więc co sprzedawcy szkodzi mieć w ofercie więcej niż jedną opcję? Dodam, że niejednokrotnie rezygnowałem z zakupu, bo dostawa tylko kurierem. Tym razem zrobiłem wyjątek z głupią i bezpodstawną nadzieją, że tym razem będzie inaczej. No nie, było jak zwykle.

Dla Pana Kuriera i wszystkich jemu podobnych mam jedno życzenie. Takie szczere, od serca, w imieniu swoim i innych żuczków, co dzięki wam mieli atrakcje. Oby was karma dojechała tak, jak wy ludziom zrobiliście „dobrze”.