Dlaczego Kawopij? Nietrudno się domyślić. Skąd smok? Rzecz do wyjaśnienia w kilku słowach. Ale sama fabuła i dziwne rozważania przy okazji – no, to już dłuższy temat, na jakieś pięć minut czytania. Masz tyle czasu do zmarnowania? To zapraszam do lektury.

Skąd smok?

Nie żebym był przesądny, skądże znowu, ale coś jest w tych chińskich horoskopach. No i mam się czym pochwalić, choć zero w tym mojej zasługi – ot, przypałętałem się na ten świat w bardzo fajnym terminie. Żaden pies, szczur czy inna świnia – jest smok. Dawno nie miałem aż takiego doła, żeby się horoskopem pocieszać, ale… Smoki są fajne, a nawet zajebiste. I bez doszukiwania się na siłę, bez samooszukiwania (czy tam innej autosugestii albo, o zgrozo, kołczingu), nieskromnie stwierdzam: pasuje do mnie i znak, i żywioł. Normalnie jakby to o mnie było…

Dodatkowo, smoki najczęściej zioną ogniem, a co się z tym wiąże, produkują sporo dymu. A ja, niezdrowo, ale za to z przyjemnością, palę. Robię też dym w sensie nieco metaforycznym, czyli na przykład: trolluję, wkurzam, prowokuję i ogólnie „ożywiam” różne zakątki internetu. Tak dla relaksu, odmiany i higieny psychicznej. I dla treningu, bo lubię być w formie. Znaczy, psychicznej. Bo o fizycznej z litości nie wspomnę.

Dlaczego Kawopij?

Bo piję kawę w sporych ilościach, proste. Parzoną, mocną i słodką. I nie patrzę na nazwę, ważne, żeby kopnęła. I tu mała dygresja – co prawda kawy rozpuszczalnej nie pijam, ale zdarzyło mi się nie tylko zauważyć istnienie, ale też odnotować nazwę. Sytuacja kopnęła na tyle mocno, że aż o tym napisałem. Dużo, dużo lat temu.

Do takiego kubka szczęścia bardzo chętnie dodaję coś słodkiego – strzał energii i dopaminy w pakiecie. No i fajek albo dwa, bo taki nawyk się wyrobił. Cóż, każdy ma swoje rytuały. U mnie są to zwyczaje bardzo niezdrowe i mam tego pełną świadomość. Jak będzie potrzeba, to się pozmieniają. A teraz jest dobrze jak jest.

Kawa pierwsza – rozruchowa

Pierwszy łyk gorącej, mocnej, słodkiej kawy – i dopiero tak naprawdę otwieram oczy. Jeszcze nie myślę, nie wymagajmy za wiele. Kofeina idzie w krwiobieg, dociera do mózgu. Rozruch. Obraz się wyostrza, (po)twory myślopodobne zaczynają wędrować między uszami, łapię niejaki kontakt z rzeczywistością i kalendarzem. I w pięciu przypadkach na siedem w eter leci pierwsza „wiązanka kwiatów polskich”. Znaczy, w dni robocze dobitnie i niekulturalnie, ale za to szczerze wyrażam opinię o konieczności wyjścia z domu w ogóle, a udania się do pracy w szczególności.

Kawa druga – wybudzeniowa

Drugi strzał kofeinowy, bezpośrednio po pierwszym. Oczy otwarte, mózg zaczyna w miarę działać, zapytany o jakąś prostą sprawę, jestem w stanie odpowiedzieć z sensem. To jest ten moment, kiedy zaczynam zapamiętywać i kojarzyć. Nie wcześniej. Ostatni łyk drugiej kawy – dzień oficjalnie rozpoczęty. Można ruszyć do nierównej walki z rzeczywistością. I wiadomo, kto (a raczej – co, bo przecież nie ja) nie ma szans.

Każda kolejna kawa – podtrzymaniowa

Jak sama nazwa wskazuje, trzecia i ewentualne kolejne kawy podtrzymują i przedłużają stan niejakiej przytomności i sprawności umysłu. Najczęściej kończy się na trzeciej, jakoś w godzinach poobiednich. No, chyba że jest inaczej, czyli przytomność idzie w plener. Wtedy trzecia kawa wskakuje nie wiadomo kiedy, a czwarta, też jakoś niezapowiedziana, ale konieczna, wjeżdża znienacka. A nie, przepraszam, znienacka to wyjeżdża czołg. Czwarta kawa po prostu przybywa i nie ma z nią dyskusji, musi zostać wypita.

Czwarty rodzaj kawy – wirtualna

Tak sobie pomyślałem, że skoro tylu twórców (tfurców zresztą także) zwraca się do swoich odbiorców z prośbą o wsparcie i je otrzymuje, to czemu nie? Prowadząc bloga, wykonuję jakąś pracę i ponoszę pewne koszty. Piszę i robię memy hobbistycznie i niejako terapeutycznie, i raczej nie zamierzam tego zmieniać. Inaczej wygląda kwestia utrzymania domeny i hostingu – co prawda nie są to wydatki znaczące, ale na pewno odczuwalne. A zaraz na początku powiedziałem sobie, że reklam na tym blogu nie będzie. Za wiele widziałem i nadal widzę stron tak zawalonych reklamami, że po prostu się tego nie daje przeglądać. Stąd „postaw kawę” w nagłówku – kto zechce, wesprze.

Posmęcone, czas na morał

A tu psikus, morału nie będzie. No, może taki, że tydzień urlopu, czyli 9 dni z dala od pracy i bez wieści z firmy, potrafi piznąć w dekiel i pchnąć do działań przeróżnych. Niekoniecznie logicznych, niekoniecznie produktywnych, może nawet odklejonych, ale za to dających dużo radochy – jak na przykład wrzucone przez ten czas memy (sztuk trzy) czy popełnione wpisy (całe dwa). Było też sporo przemyśleń i pojawiły się pomysły na kolejne wpisy, ale o tym sza. Przesądny nie jestem, ale wolałbym nie zapeszać.

A nieco wracając, mianowicie do przerwy w pracy zarobkowej – o ile dobrze kojarzę, już Konfucjusz ponad 2 tysiące lat temu powiedział „Pracuj aby żyć, a nie odwrotnie”. Z pamięci piszę, więc może porypałem autora i czas, ale sens oddałem. To kwestia pewnej równowagi, a nie pracoholizmu. Odmiany. Kontaktu z ludźmi. Tego radosnego kombinowania „co by tu dziś odwalić” i dreszczu niepewności „co też się naodwija na zmianie”. I satysfakcji z dobrze wykonanej pracy: szef ma zrobione, a ja zapłacone. Oczywiście szef dostaje za dużo, a ja za mało, ale tak ten świat działa i nie poradzę.

Druga kawa właśnie weszła i robi robotę, jutro pierwszy dzień po tygodniowym urlopie, będzie ciekawie. I po ostatnich tygodniach „w kratkę” (sporo czerwonego w kalendarzu, często w środku tygodnia) i tygodniu „wolnego” (pozałatwiane ważne sprawy bieżące i nadgonione sprawy czekające na załatwienie – aż dziwne, że żadnego remontu nie uskuteczniłem w ramach polskiej tradycji urlopowej) wracam do rytmu „5 dni pracy, 2 wolne”. Będzie OK.