Czekam na premierę i się jaram. Tyle że, jak to ja – oczywiście „pod kątem”, by nie rzec „pod prąd”. Bo wszyscy czekają na listopad i GTA6, a ja na coś zupełnie innego. Aha, jak nie lubisz dosadnego słownictwa, to spokojnie możesz odpuścić sobie czytanie.
Komu niebo, komu piekło
Zaczęło się od „bullet hell”, gdzie pociski wrogów zajmowały praktycznie cały ekran i trza było tego chujostwa unikać. I się odgryzać. A wolnego miejsca na ekranie tyle, że zegarek nie ma gdzie chodzić. I pewnego pięknego dnia ktoś wpadł na pomysł, żeby ten schemat postawić na łbie – to gracz swoimi zabawkami robi piekło nieskończonej hordzie wrogów. Mało tego, ma kontrolę nad ruchem postaci, ale nie nad zabawkami. One mają włączony i zablokowany autofire i napierdalają non stop, jak się tylko przeładują. Proste? Prymitywne? Jasne. Ale za to jakie fajne. I wciąga jak bagno. Pierwszym takim tytułem był (chyba) „Vampire survivors”, w który wsiąkłem i regularnie napierdzielam, i nawet się o tym wywnętrzałem.
Lawina ruszyła
No i się zaczęło. Był hit, to z miejsca się pojawiło w pizdu i trochę naśladowców, mniej lub bardziej udanych. Po około czterech latach od premiery pojawił się na Steamie tag specjalnie dla VS i „inspirowanych” tytułów – „bullet heaven”. Dokładnie w chwili, gdy to piszę, jest nim oznaczone 635 tytułów. No nie powiem, jest z czego wybierać. Tyle, że, no, jakoś kurwa nie. Niby to ładniejsze, niby też na ekranie dyskoteka dla kameleonów na mocnych prochach, niby widok izometryczny albo 3D z dynamiczną kamerą, ale nie i chuj. Bo czekam.
Świat za 38 tysięcy lat – lubię
Warhammer 40,000 (w dosłownym tłumaczeniu Wojenny Młot 40000 lub Młot Bojowy 40000) – strategiczna gra bitewna o rozległym tle fabularnym, zakładająca rozgrywkę dla dwóch, lub więcej graczy przy użyciu miniaturowych modeli pojazdów, żołnierzy i innych obiektów, opracowana przez brytyjskie studio Games Workshop w 1987r.
-Wikipedia
Kto chce, ten poszuka i doczyta, nie będę się rozpisywał i powtarzał informacji dostępnych w milionie i pięciu miejscach. Na teraz wystarczy, że bitewniak to był dopiero początek, bo wspomniane „szerokie tło fabularne” okazało się niesamowicie pojemne. Ciężki, mroczny klimat i epickie wydarzenia aż się domagały dokładniejszego opisania – i zostały opisane.
Podstawą (dla bitewniaka) są reguły ogólne i kodeksy. Kodeks to oficjalny podręcznik dedykowany konkretnej frakcji (armii). Zawiera on kompletną historię świata, arkusze danych (profile, statystyki i wyposażenie jednostek) oraz zasady specjalne potrzebne do prowadzenia rozgrywek. Do tego doszły cykle książek, opowiadania – jest co czytać. Mamy też pełnometrażową animację i „kręci się” wysokobudżetowy serial, ale to dla mnie sprawy poboczne. Najbardziej z tego wszystkiego lubię czytać, już w kodeksach jest masa ciekawych rzeczy, a opowiadania i cykle to w ogóle…
Gier w uniwersum „czterdziestki” też jest sporo i różnych, ale jakoś do nich nie podchodziłem. No nie było tej chemii, co poradzę. A teraz jest teraz. Zapowiedzi swoje powisiały, pokazało się demo, już ograne – i czekam na premierę.
Po co fabuła? Wybierz i rozjeb
W „Warhammer Survivors”, bo o tej grze mowa, pierwszy wybór to uniwersum. Albo „czterdziestka”, gdzie rozpierdalamy hordy Tyranidów, albo „Age of Sigmar” ze Skavenami. Co kto lubi, albo czego bardziej nie lubi. Wolna wola, wolny wybór, a rozpiździel i tak konkretny. „Age of Sigmar” (spadkobierca kultowego „Warhammer Fantasy Battle”) to gra bitewna high fantasy, więc siłą rzeczy inaczej wygląda niż „dark-saj-fajowy” 40K, ale w obu przypadkach jest co robić i gra się po prostu zaje-zacnie.
Całość chodzi na silniku Poncle, tym samym, co Vampire Survivors. Znaczy, technicznie jest OK, gameplay OK, kilka zauważonych (niewielkich i o niskiej sile wkurwiania) bugów już nieOK, ale na moje oko szybko znikną. Prognozując: w kategorii „bullet heaven” nadciąga wielki złodupiec, pozycja obowiązkowa dla fanów. O ile do tego na premierę wyjdzie połowa objętości VS (razy dwie dostępne rzeczywistości), to już będzie zajebiście. A że na podstawce się nie skończy, to raczej pewne. I dlatego czekam uśliniony i się jaram.
W tym chaosie musi być porządek
Easter eggi są fajne, lubię widzieć, że autorzy puszczają oczko do graczy. Crossovery to już insza inszość. Na przykładzie VS: gdzieś, kiedyś, przebijałem się przez poziom pełen ruchomego złomu do utylizacji. Od razu się przypomniał Johnny V z „Krótkiego spięcia”, do tego Robocop w pakiecie z Ed-209 i T800 na dodatek. Pewnie coś jeszcze by się znalazło, ale za duża rozpierducha była. Na oko, fajna sprawa, ale ileż można różności do jednego tytułu pakować? Cóż, sporo, wystarczy spojrzeć na listę dostępnych DLC. Castlevania pasuje, ale Contra już niekoniecznie. Nawet z moją nieznajomością kultowych i klasycznych gier wyłapałem hipki z Among Us. Pewnie jest jeszcze dużo takich zapożyczeń i inspiracji, ale już wymienione wystarczą, żeby sobie uświadomić, jaki się zrobił burdel w zawartości.
A jak się to zapowiada w nadchodzącej konkurencji? Na logikę – będzie dużo, będzie różnorodnie i będzie spójnie, wszystko w ramach uniwersum. Oby…
Tyranidzi to taka rasa, że ile by tego nie natłuc, i tak się znajdą jakieś nowe typy albo mutacje. Oczywiście trudniejsze do zajebania. Postaci do prowadzenia też wejdzie sporo, same zakony Imperialnych Marines to w cholerę duży temat, a w Imperium działają jeszcze inne siły, które zapewne będą dostępne, i to wcześniej niż później. Przykłady? Proszę bardzo: Inkwizycja, Siostry Bitwy i Adeptus Mechanicus. To w kwestii 40K.
Age of Sigmar też daje radę, i to mocno. Skavenów już widziałem całkiem sporo i różnych, i to w krótkim demie, więc raczej nie spodziewam się nudy. Hitem była para szczurków z rzygo-działkiem. Zapewniam, że pociesznie to działa. Postaci też zapowiada się sporo, różnych i ciekawych, wystarczy rzucić okiem na dostępne w oryginale stronnictwa. A sporo tego, oj, sporo.
Jak to wygląda w działaniu?
Ano, wygląda. Pixelartowa grafika, dla mnie fajne to, lubię ten styl. W każdym uniwersum mamy do zabawy dwie postacie, jeden poziom z bossem na końcu i kilkanaście zabawek. To po kolei:
Dostępne postacie wyraźnie się różnią, każda z racji innej startowej broni i początkowych statystyk wymaga innego podejścia, przynajmniej na samym początku. Nowe, wypasione zabawki – wiadomo, sporo zmieniają. Jak na razie za mało tego, żeby się bawić w kurewsko wypasione buildy, ale zapowiada się konkret.
Rozpierdalatory i dopalacze – są, po kilka sztuk. Nieźle wyglądają, zmieniają się z poziomu na poziom i z dopalacza na dopalacz. Różne te zabawki, fajne te zabawki, chcem wincy zabawków.
Poziomów raczej nie ocenię, jak mam po jednym przykładowym. Pasują do realiów, nie odwracają uwagi od rozpierdolki i nie rażą. Czyli jest OK.
No i w końcu mięcho armatnie albo i mniej armatnie. Tu jest fajnie. Ilościowo mamy tego miejscami aż za dużo, ale widać, że graficy zrobili kawał dobrej roboty. Małe to na ekranie, a z miejsca widać, że się między sobą różni. No i u skavenów widać tę szczurowatość ogólną, a u Tyranidów obcość i parę innych ciekawych właściwości. Powiem tylko, że można się spodziewać w chuj ciekawych okazów.
O bossach wspomnę czysto formalnie: są, fajne to i niełatwo utrupić, nawet jak się ma full wypas ekwipunek. Znaczy, jest OK.
Złotej myśli na koniec nie będzie
Krótko: czekam, bo jest na co. A premiera zapowiedziana w 2026, czyli coraz bliżej. Oby. I przy okazji mam nadzieję, że gra będzie na tyle „ładna” dla Dwupalmy Chaosu, że da się pograć z wnuczką na kolanach. Demo wskazuje, że to jest całkiem możliwe.