Będzie o grze, bo podeszła i to niesamowicie. Będzie prosto, prawdziwie i z pasją. Będzie też dosadnie, bo piszę doprowadzony do pasji. Jeśli więc rażą Cię „przecinki”, po prostu nie czytaj dalej.
W sumie to niezłym wstępem jest rysunek Andrzeja Mleczki, który świetnie oddaje moje aktualne podejście do świata i okolic. Tyle tylko, że bicie bliźnich, nawet jeśli zasłużyli, jest czemuś niemile widziane…

A skoro tak, to trudno, trzeba sobie inaczej radzić. W gry od zawsze grałem, gram i grać będę. Lubię czasem posiedzieć przy rozbudowanych produkcjach, tyle że teraz to nie przejdzie. Hasłem przewodnim stało się:
Pieprzyć immersję i fabułę, czas coś rozjebać
Padło na „Vampire Survivors”. Fajne toto, łazi sobie Pan Autofire i napierdala ze wszystkiego co niesie. Zadanie jest proste: przetrwać. W sumie to zabawa mi się podzieliła na kilka etapów.
1. Kurwa, gdzie ja jestem???
Grafika i muzyka przenoszą o jakieś 30 lat wstecz, prosto do „salonów gier” i automatów na monety. Jest sobie mały hipek na środku ekranu, są sobie jakieś stworki, coraz więcej i więcej (docelowo – horda ze wszystkich stron), co lezą jak lemingi w stronę hipka, i to w sumie wszystko. Bo zabawa sprowadza się do tego, żeby tego ścierwa natłuc do bólu, zebrać co powypada, za zebrane fanty wbić poziomy, a przy awansie dobrać nowe zabawki i/lub ulepszyć już posiadane. I fajnie, bo się z tego robi chodząca maszynka do mielenia potworków. Jest tylko jeden mały problemik, bo chyba czegoś brakuje w sterowaniu… Mianowicie, postacią można, a nawet trzeba sterować, ale broń żyje własnym życiem. Permanentny autofire: co się zdąży przeładować, to strzela. A jeśli może wybierać cele, robi to samodzielnie, i co zabawka, to inne zasady. Jedno co można zrobić, to próbować tak się ustawić, żeby pierdykło tam, gdzie się to najbardziej przyda. Opcja druga – biec tam, gdzie wywaliło największą japę w hordzie. A jak już się przetrwa odpowiednio długo, czyli najczęściej 30 minut cyrku, to przychodzi duży smutny pan z kosą, robi ciach-ciach i koniec.
No dobra, dało się w miarę przetrwać, poziomy nabite, zabawek jest więcej, zaczynam odkrywać kombinacje z broni i pasywek, przechodzimy do następnego etapu.
2. Radosna rozpierducha
Rzeczy do znalezienia, poziomów do przejścia, postaci do odblokowania, power-upów do dokupienia – w chuj i jeszcze trochę. Do tego tryb „przygodowy” i kilka fajnych DLC. Na teraz, po 100 godzinach, zdobyłem 155 z 243 dostępnych osiągnięć. Czyli się dzieje. Powoli odkrywam sekrety i przechodzę każdą odkrytą postacią wszystkie dostępne plansze. Raczej szukam kłopotów i bossów niż ich unikam, bo mam odkryte tyle fajnych zabawek i ewolucji w większe zabawki, że nie sprawiają specjalnych problemów. No i fajnie wygląda takie piekiełko, jak się to wszystko odpali i zacznie robić to, co lubię, czyli
3. Artystyczny rozpiździel
Bronie po ewolucji, potworków do rozwalenia pełem ekran, ciągle się następne lęgną i pchają do środka – a hipek sobie stoi i rzyga we wszystkie strony rzeczami dziwnymi. Taka jakaś psychodeliczna dyskoteka się robi, kolorowe to, miga i w ogóle nawet efektowne. Trzeba przyznać, że ekipa posiedziała nad efektami. Niby pikselowe 2D, ale cholernie daje radę.
Łopaniejakietokurwadobreee
Tak można podsumować, bo okrutnie mi giera przypasowała. Jest grafika retro i odpowiednia muzyka, jest masa rzeczy do odkrycia i wypróbowania – i do tego wysoka regrywalność. Przy nabiciu kolejnego poziomu dostaje się do wyboru 3 lub 4 opcje: nowe zabawki albo upgrade już posiadanych. Losowe, żeby nie było nudno. Plus tak zwane arkana, czyli różne dodatkowe mechaniki – też losowo. Można sparafrazować klasyka i stwierdzić, że gra w VS jest jak pudełko czekoladek: nigdy nie wiadomo, na co się trafi.
Tak przy okazji trafiania na różne rzeczy, to mignęło parę ciekawostek. Na przykład na jednej z plansz nasiekałem X ton złomu. Dwa typy robotów z pierwszego „Robocopa”, fajnie było przejechać na pełnej przez stado RoboCopów i tych dużych bojowych ED-209. A chwilę później legion Johnny V z „krótkiego spięcia” do utylizacji. To na przykład, o innych smaczkach sza, ciekawi sami odkryją. Ogólnie rzecz biorąc, dużo tego i różnego bardzo, widzę niejaki chaos. Ale taki fajny, w sam raz do rozjebania na drobno.
Jest zajebiście, a pewnie będzie jeszcze śmieszniej
Było kiedyś o Pierdzącym Paladynie (Rogue Legacy), było o Przedwiecznych Bombach (Dyna Blaster) – teraz jest o Vampire Survivors. Mimo dzielących je lat, te trzy tytuły mają wiele wspólnego, i są to cechy, które cholernie cenię. A już za kilka miesięcy, jak dopadnę i się pobawię, pewnie napiszę o kolejnej produkcji. Silnik Vampire Survivors, uniwersum Warhammera 40K, kroi się następny rozpiździel w fajnym wydaniu. Zapowiadają na 2026r., czyli w sumie niedługo. Będzie co robić.