Święta, święta i po świętach. W końcu. Przetrwałem. Nieco się nazbierało wrażeń i oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się nimi nie podzielił w ten czy inny sposób. Padło na bloga. Uprzedzam, że raczej nie będzie cenzuralnie, bo i wrażenia z gatunku pozytywnych inaczej…

To jedno zawsze zdążysz

Przygotowania do świąt (dowolnych) to jakiś zjebany cyrk. Psychokabaret. Litania zakupów, rzeczy do zrobienia, spraw do załatwienia i ogólnie syf totalny. Ogólnie ludziom odpierdala, jak widzą w kalendarzu coś czerwonego, co nie jest niedzielą. Boże Narodzenie, Wielkanoc, Święto Zmarłych, majówka… Szał zakupowy. Głównie spożywka i alko, bo przecież na te parę dni się robi zapasy jak na średnią wojnę. A później wywala co najmniej połowę, bo się nie zeżarło. Za to wypiło wszystko i pewnie nawet brakło. I tak co rok, co święta – pełne wózki zakupów i później pełne kosze. W grudniu do kompletu gwiazdkowe prezenty, czytaj: dodatkowe atrakcje w sklepach albo rycie w internetach i zamówienia. Najczęściej na ostatnią chwilę i później gorzkie żale, że przesyłki na czas nie dotarły. Bo nie można tydzień wcześniej zadziałać. Do pełni szczęścia – sprzątanie. A najlepiej, kurwa, remont, bo jak ten dom wygląda…

Cały ten burdel w baniakach wywołany dowolnymi świętami nazywam „syndromem trzech P” – czyli powszechnym pierdolcem przedświątecznym. Rzecz do przetrwania, jak się do tego podejdzie w miarę z głową. Co i jak dokładnie, to już każdy sobie może poukładać we własnym zakresie. Od siebie podpowiem, że głupie 10-15 minut poświęcone na przemyślenie i przegadanie tematu, potrafi oszczędzić masę czasu i sporo kasy. Tylko jedna rzecz się nie zmienia.

Bo nerwówka, tak czy inaczej, będzie. Bo wyjdzie obsuwa, bo pod marketem jakiś parkingowy debil coś odpierdoli, bo w sklepie jakieś buraki dadzą koncert zjebania (nie ma to jak napierdalanka o karpia i cyrki z choinkami), bo jak rodzinka se poplanuje, se podecyduje i se poinformuje, to masz momentalne przemeblowanie całego planu na kilka dni – powodów jest milion i pięć. I cokolwiek załatwisz, cokolwiek zawalisz, jak zaplanujesz i pozmieniasz – jedno jest pewne: zawsze zdążysz się konkretnie wkurwić.

Gdzieś w międzyczasie – życzenia

W ramach powszechnego pierdolca przedświątecznego – odklejka życzeniowa. Wszędzie pełno grafik, wpisów, kopipejstów, a na komunikatorach to już w ogóle rozpiździel. Aktywują się osoby, z którymi od lat nie ma kontaktu, i które po „dziękuję, wzajemnie” albo się obrażają, że tak zdawkowo, albo milkną do kolejnych świąt. Ogólnie – spam. A ja sobie lata temu zrobiłem niby-kartkę z jebitnym napisem „wszystkiego wszystkim wzajemnie” na tle choinki i jak nie zapomnę, to wywieszam. A jak zapomnę, to i tak mało kto zauważy, jeśli w ogóle ktokolwiek.

Po przygotowaniach – czas świętować

Oczywiście najlepiej rodzinnie, z całym corocznym pakietem wkurwiających pytań i tematów. Z takiej rozmowy najczęściej nie wynika nic poza chryją i wzajemnym poobrażaniem się na siebie. Do tego obżarstwo po kokardę i często gęsto nadużycie alko. Ogólnie – dobitne przypomnienie, dlaczego się rodzinki z powodzeniem unika przez resztę roku.

Mógłbym tu o wiele więcej napisać o świętach z rodziną, ale nie widzę sensu. Każdy ma swój bagaż, każy ma na koncie co najmniej kilka takich akcji, każdy swoje przeszedł i robi co może, żeby sobie tego oszczędzić na przyszłość. Osobiście święta „rodzinne święta” obchodzę możliwie szerokim łukiem, działa, polecam.

Na koniec powrót i plejada śfiontecznych kierofcuf

Akurat w tym roku miałem trasę rzędu 100km w jedną stronę. Przedwczoraj jazda po szklaneczce, w zamarzającej mżawce. I nie wiem, co bardziej wyssało – utrzymanie auta pod kontrolą, czy uważanie na użyszkodników drogi w okolicy. Użytkowników lubię i szanuję, bo jeżdżą z głową i przewidywalnie. A użyszkodnik to taki, który używa i szkodzi. Cała galeria pojebanych typów kierofcy, każdy wkurwia w inny sposób i stwarza inne zagrożenie.

Dziś jednak, wracając, miałem okazję odświeżyć „znajomość” ze szczególnym typem ćwoka drogowego – kierofcom śfiontecznym. Niezależnie od płci jest to osoba, która za kółko siada z przymusu pod koniec świąt. Najczęściej to grażyna w średnim wieku, odwożąca swojego janusza w stanie poświątecznym do domu. Siedzi toto za kierą, zagubione i spanikowane, wlecze się i spowalnia, wpierdala się przed maskę z podporządkowanej (a za tobą kilometr pustego), świateł nie włączy, bo janusz założył te jebane diody z bazarku, a że chuja to auto widać z przeciwka, to już twój problem, jak wyprzedzasz i mało nie jebniesz czołowo… Przynajmniej dwa pozytywy dziś miałem: po pierwsze plus na termometrze i od wczoraj potężna zmiana warunków do jazdy, a po drugie jechałem w porze obiadowej, to widno było i mało tego debilstwa po drodze spotkałem. Ale spotkałem, niestety, zawsze się trafi jakiś okaz.

W sumie to dziś padł swego rodzaju rekord, rzecz warta odnotowania i podzielenia się. O ile pamiętam, przepisy coś mówią o rozstawie świateł. Mianowicie, światła do jazdy dziennej (w tym te diody, co je janusze swego czasu masowo montowały i co do dzisiaj pokutują na różnych januszowych jeździdłach) muszą być umieszczone maksymalnie 30cm od zewnętrznej krawędzi pudła. Czyli jak zakładasz diody, januszku, to weź linijkę i nie wpierdalaj tego gówna na gril. I chuj mnie obchodzi, że „ładniej”, bo to ma czemuś służyć. No, ale te drobne januszki w osobówkach to jest nic. Dziś z przeciwka przejechała ciężarówa, taki dość konkret, z bazarkowo-januszowymi światełkami. Oczywiście na grilu. No żesz kurważ jegoż macierz, lekka szarówka i człowiek jest święcie przekonany, że to jakaś osobówka daleko z przodu, a nie 20 ton skurwysyna, w którgo za chwilę przyjebie.

Prezent sobie i innym zrobić, czy co?

Chyba czas zainwestować w kamerkę i zacząć podsyłać filmiki z różnymi takimi ciekawostkami na policję. Bo jak się chamstwa nie tępi, to nas, normalnych, to chamstwo z butami zeżre i jeszcze się przyjebie, że przypraw nie było. Komentarze w stylu „konfitura” nie mają sensu – zanim ktoś rzuci takim tekstem, niech się najpierw zastanowi nad prostą sprawą: jak popisy takiego kozaka ktoś podeśle i kozak zostanie uziemiony, to chyba lepsza opcja, niż gdyby komuś krzywdę zrobił? Cholera z takim baranem, jak jebnie i se krzywdę zrobi. Jego wybór, jego życie, on ponosi konsekwencje. Chce zginąć, proszę bardzo. Ale niech, do kurwy nędzy, nikogo ze sobą nie zabiera. Niestety jest aż zbyt wiele sytuacji, w których giną przypadkowi ludzie, a kozaczące gnoje wychodzą bez szwanku. I bez konsekwencji.

Dwie uwagi końcowe, żeby nie było niejasności

Rzecz pierwsza – janusze i grażyny. Celowo pisałem z małej litery, bo to się odnosi do pewnego typu mentalności i wzorca zachowań. Osobiście do żadnej Grażyny i żadnego Janusza nigdy się nie uprzedziłem z racji imienia. Jeśli coś do kogoś mam, to znaczy, że ta osoba sobie na to solidnie zapracowała.

Rzecz druga – przepisy odnośnie świateł. Kiedyś coś czytałem, teraz pisałem z pamięci i nic sobie nie dam uciąć za to, że dobrze podałem przytoczone 30cm. Sens zachowałem. Chyba, że jednak nie. Trudno.

I to by było na tyle

Na dziś wystarczy, zapewne prędzej niż później znów mi odwali i na coś ponarzekam. Powodów mam wręcz w nadmiarze, znajdzie się też sporo historii do opowiedzenia. Albo nawet pochwalę, co się zdarza. Pytanie tylko, kiedy dopadnie wena i się przełamię, żeby zasiąść i coś wklepać.